środa, 31 grudnia 2014

Tak, to nadal 27 października

To nie mogła być prawda. 
A przynajmniej ja nie przyjmowałam tego jako prawdę. Zdrada zaczyna być zdradą w momencie, gdy człowiek się do niej przyzna, albo... zobaczy na własne oczy. Podejrzewam, że wolałabym uniknąć tego spotkania, poza tym...
Hej, przecież nikt nie powiedział, że to był Darek.  
Próbowałam sama siebie przekonać do tego, że białe brudne trampki mogły równie dobrze należeć do jakiejkolwiek osoby na imprezie tak samo jak i do Darka. 
Przecież Darek nigdy by mi czegoś takiego nie zrobił. 
Z drugiej strony ja sama byłam przekonana, że nigdy w życiu nie skrzywdzę tego chłopaka, ale wystarczyło raz wyjść na miasto i eskortować rzygającą przyjaciółkę, żebym jednak zmieniła zdanie. 
Marysia początkowo nie wiedziała co się dzieje. Zastygłam bez słowa z telefonem w ręce, aż ekran zgasł i nie widziałyśmy już zupełnie nic. Złapała mnie za wyciągniętą koszulkę z batmanem i szarpnęła, aż w końcu poddałam się i poszłam za nią. Nawet nie próbowała pytać, czy nie mam ochoty tam zajrzeć i sprawdzić czy wszystko w porządku. 
Pewnie, z miłą chęcią wyciągnęłabym szyję, żeby zapytać: hej, jak się macie? Czy wszystko gra? Już widziałam siebie w momencie, jak upuszczam ciężki kamień ze sterty kamieni za ścianką działową na delikatną łydkę lafiryndy od czerwonych szpilek. 
Do mieszkania szłyśmy w totalnym milczeniu. Marysia nie skomentowała tego ani jednym słowem. Nie mogłam się się odezwać, bo czułam, że w momencie, gdy wypowiem chociaż jeden wyraz to zaleję się płaczem. A na to pozwolić sobie nie mogłam. 
Ludzie miewali gorsze problemy. Nie mieli co jeść, nie mogli chodzić, albo byli w ciąży nie z tym facetem co trzeba. To, że znalazłam buty swojego faceta o czwartej rano w piwnicy bloku, gdzie obywała się impreza, a dodatkowo dziewczynę leżącą obok niego i wydającą dźwięki, których chciałabym nie słyszeć... cóż, to było nic w porównaniu do zła tego całego świata, które mnie otaczało. 

Prawda? 
Zupełne nic. 
Więc dlaczego czułam się tak, jakby to mnie przygnieciono stertą kamieni? 
Jak w transie pokonywałam kolejne stopnie dzielące nas od mieszkania, a potem rzuciłam się na łóżko jeszcze w butach i pozwoliłam sobie zasnąć. 
Podejrzewam, że Marysia nie bardzo wiedziała jak ma zareagować na to co dzieje się na jej oczach, więc po prostu wzięła piżamę i poszła pod prysznic. 
A ja odpływałam i zalewałam się łzami jednocześnie. I jeszcze myślałam o Maćku. Przez ostatni czas byłam podzielona na dwie części, gdzie jedna kibicowała Darkowi a druga nieznajomemu, ale teraz... 
Byłam rozsypana na milion kawałków i nie mogłam sobie z tym poradzić. 

niedziela, 28 grudnia 2014

27 października, nadal

To, że ja uciekłam z miejsca zdarzenia to było nic. Prawdziwą traumę przeżywała Marysia, która zostawiła swojego narzeczonego z majtkami na szyi. Te majtki można było jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale szminkę w kolorze fuksji na całym ciele już nie bardzo. Jeśli Maria chciała przekonać wszystkich, że dopiero co uprawiała gorący seks z Michałem Idealnym to można jej było pogratulować. Była wiarygodna jak nigdy. 

Wybiegliśmy z piwnicy z zupełnie innej strony. Ingerencja policji widocznie się opłaciła, bo na zewnątrz było stosunkowo cicho. Może dlatego, że mieliśmy czwartą nad ranem, a może dlatego, że większość imprezowiczów trafiła do aresztu albo do izby wytrzeźwień. Powoli świtało i było cholernie zimno. Przeklinałam się w duchu za to, że nie wzięłam ze sobą kurtki, ale co ja na to poradzę, że Termit mnie nie uprzedził. Och, przecież powinien był powiedzieć, że spędzimy pół nocy szlajając się po piwnicach, i że przydałoby się okrycie wierzchnie. 
Nieważne. 
Skierowaliśmy się w nieznane mi wąskie uliczki, ale Marysia co chwilę zatrzymywała nas i odwracała się, żeby zobaczyć, czy znaleźli Michała. 

- To może wy tu zostańcie, a ja zabiorę ją do domu? - zapytał Termit, kiedy po raz dwudziesty pierwszy robiliśmy postój na odległości stu metrów. - Nie mam nic przeciwko noszeniu dziewczyn na rękach, ale moje już powoli mdleją.
Zgodnie stwierdziłyśmy, że to wcale nie był taki głupi pomysł. 

- Świetnie. Wezmę taksówkę i jutro z rana wam ją dostarczę.
Karola po nagłym przebudzeniu w piwnicach i po szarpaniu się z nami, zupełnie opadła z sił. Teraz wisiała bezwładnie na rękach Termita, a jej nogi powiewały na wietrze wspomagane delikatnym bujaniem chłopaka. 
Pomyślałam o tym, jak bardzo jestem zmęczona. 
- Super – podsumowała Marysia i zaciągnęła mnie z powrotem po blok.
Powinnam się nauczyć, że pomysły tej dziewczyny nigdy nie prowadzą do niczego dobrego.   
Dwie godziny stania na rześkim porannym powietrzu na trawniku pokrytym rosą, to nie było to co powinna praktykować przyszła matką mająca w łonie nowe życie. 
Ściślej rzecz biorąc nie powinien tego praktykować nikt, kto nie ma ochoty spotkać się z pielęgniarkami na oddziale chorób układu oddechowego. Ale powiedzcie to Maryśce i jej potwornym wyrzutom sumienia, które chciały zabić nie tylko ją ale dobić też i mnie. 

- Nie wierzę, że go nie zabraliśmy ze sobą.
To wszystko działo się tak szybko, że nawet mi ciężko przychodziło zaakceptowanie tego, że jednak nie zostaliśmy tam i nie pojechaliśmy ze wszystkimi do szpitala, po czym policja nie odesłała nas do domu uprzednio informując o wszystkim rodziców.  
- Teraz już  nic z tym nie zrobimy – powiedziałam. - I mądrze byłoby po prostu pójść do domu.
- Ale chciałam go zobaczyć.  
- Mario, przysięgam na wszystko, że kiedy uciekaliśmy z piwnicy, oni już transportowali go do szpitala. 
- Nie widziałaś tego. 
- Bo nie miałam jak widzieć. Uciekaliśmy, pamiętasz? 
- Błagam – złapała mnie za ramię i ścisnęła naprawdę mocno a potem spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. - Tylko pójdziemy do piwnicy, sprawdzimy czy faktycznie go nie ma i wracamy do domu. Przysięgam. 
Jak mogłam odmówić młodej matce, która martwiła się o życie jej przyszłego potencjalnego męża (pod warunkiem, że wmówi mu, że jest ojcem jej dziecka)? 
Zakradłyśmy się do klatki schodowej. Na szczęście po interwencji policji nikt nie zamknął drzwi – w dalszym ciągu były przytrzymane kawałkiem płyty chodnikowej. W obdartej klatce schodowej znalazłyśmy jedne schody prowadzące w dół, więc optymistycznie założyłyśmy, że będą prowadzić do piwnic. 

Wygrzebałam z kieszeni telefon (jak dobrze, że nie przyszło mi do głowy zabrać na imprezę torebkę)  i  oświetliłam nam drogę. Teraz, kiedy adrenalina nieco opadła a zamiast niej całe ciało dygotało z zimna i ze zmęczenia, piwnice wyglądały jeszcze straszniej niż do tej pory. Wszystkie ściany obleczone były wielkimi pajęczynami i śmierdziało stęchlizną. 
Poświeciłam po ścianie w poszukiwaniu włącznika światła, a kiedy już go znalazłam, płytką paznokcia nacisnęłam guzik. Jak się można było spodziewać, żarówka była spalona. 
Szłyśmy więc przerażone i splecione rękami jak najlepsze przyjaciółki, które szukały nieprzytomnego narzeczonego jednej z nich i miałyśmy nadzieję, naprawdę miałyśmy nadzieję, że jednak go nie znajdziemy. Przesuwałyśmy powoli, a mdłe światło telefonu co chwilę nam gasło. 
Bardzo możliwe, że już dawno minęłyśmy miejsce, w którym zostawiłyśmy Michała. Wszystko wyglądało tak samo, więc ciężko było stwierdzić gdzie w ogóle się znajdujemy. Mogłyśmy równie dobrze stać na miejscu zdarzenia jak i jeszcze do niego nie dotrzeć. 
Co za idiotyczny pomysł, pomyślałam. 

- Czy możemy już wracać? - zapytałam półszeptem.
Marysia niespokojnie obróciła się dookoła własnej osi. 

- Ale ktoś tu jest – odparła z nutką zdenerwowania w głosie. 
- Nikogo tu nie ma – dla lepszego efektu poświeciłam telefonem po całej długości podłogi, bo jak dobrze pamiętałam, Michał leżał krzyżem na środku pomieszczenia.  
- Przecież słyszę – szepnęła. - Ktoś oddycha. Bardzo szybko, zresztą. 
- Może to ja? 
- Ciii. 
Próbowałam się wsłuchać w otaczającą nas ciszę, ale nie dotarły do mnie żadne niepokojące dźwięki. Już samo to, że stałyśmy we dwie w ciemnej piwnicy  o czwartej nad ranem w bloku mojego chłopaka było wystarczająco przerażające, żeby nie musieć się dopingować tego typu tekstami. 

- Poświeć tam – wskazała lewy róg pomieszczenia.
Posłusznie wystawiłam rękę na całą długość ramienia i skierowałam wątły strumień światła w lewy róg pomieszczenia. Zobaczyłyśmy wyburzaną ściankę działową za którą usypany został potężny kopiec z kamienia. 
- Przecież tam nic nie ma – szepnęłam.
- Podejdźmy bliżej. 
Niechętnie zrobiłam dwa kroki do przodu. Marysia cały czas trzymała mnie za ramię. 
Teraz wyraźniej było widać dziury w ściance działowej i co ważniejsze, słychać było przyspieszone oddechy. Zaskakująco równe przyspieszone oddechy. O czwartej nad ranem. W piwnicy. Wyobrażacie to sobie?! 
Zrobiłam jeszcze jeden krok do przodu i poświeciłam na dolną część kopca z kamienia. Ktoś, kto tam leżał z pewnością zdawał sobie sprawę z naszej obecności, ale niewiele go to obchodziło. 
- Zobacz, but – szepnęła moja przyjaciółka na ucho.
Podeszłam jeszcze bliżej i zobaczyłam  czerwoną szpilkę leżącą gdzieś na uboczu, a potem nagą damską stopę całą w kurzu. I to nie był jakoś specjalnie szokujący widok. Prawdziwym szokiem okazało się to co zobaczyłam kilka sekund później. Obok nagiej damskiej stopy leżała męska. I miała na sobie brudne, białe trampki. 

niedziela, 21 grudnia 2014

27 października, bardzo blady świt

- Nie osądzam was, ja po prostu zastanawiam się, co wam mogło strzelić do głowy – wyjaśnił Termit.
Usiadłam pod ścianą i położyłam Karolę na wyciągniętych nogach. Biedna, niczemu nie zawiniła. Była tylko na tyle nieszczęśliwa, żeby dobrać się do drinka Michała. Nie jej wina, że akurat w tej konkretnie szklance pływała sproszkowana tabletka nasenna. 
Boże, jeśli taki efekt człowiek mógł uzyskać po jednej tabletce to co by się stało, gdyby Marysia wrzuciła ich tam pięć? 
Staraliśmy się zachowywać cicho i nie włączać światła na klatce schodowej, żeby nikt nie wpadł na pomysł odwiedzenia ostatniego piętra. Z dołu słychać było wrzaski osób, które próbowały uciec z imprezy nie natykając się na policję. Najwyraźniej wtargnęli już do mieszkania. 
Nie powinnam przejmować się Darkiem, prawda? To w końcu jego impreza i on za nią odpowiadał. Jedyne czym należało się martwić to to, żeby nas nie znaleźli. A nawet jeśli znajdą,  żeby nie odkryli, że dosypałyśmy do drinków tabletki nasenne. Kiepsko wyglądała by taka adnotacja w moim życiorysie. Bardzo kiepsko. 
Poza tym, nasze matki by nas zabiły. I Ela też. A rodzice Michała już zadbali by o to, żebyśmy nie miały po drodze do nieba, kiedy już nasze matki rodzicielki nas wykończą. 
Beznadziejna sprawa. 

- Co zamierzasz mu powiedzieć? - przerwałam ciszę wyraźnym szeptem.
Marysia i Termit odwrócili się w moją stronę. Chłopak dotychczas wspinał się na palcach, żeby przez małe okienko w ścianie obserwować sytuację na zewnątrz. Widział bardzo niewiele, ale bał się otworzyć okno, żeby nie wzbudzać najmniejszych podejrzeń. Nawet ja, z pozycji siedzącej, widziałam migające niebieskie i czerwone światła gdzieś w oddali. Zorientował się, że mówię do Marysi, więc wrócił do wyglądania na zewnątrz. 

- Jeszcze nie wiem – odparła, kiedy upewniła się, że Termit na nią nie patrzy.
- Ciągle zamierzasz  mu wmawiać, że uprawialiście dziki seks? 
I chociaż dokoła panowała zupełna ciemność, niemal widziałam jak Marysia piorunuje mnie spojrzeniem. 

- Jesteście nienormalne – skwitował Dorian. W dalszym ciągu patrzył w okno.
- I wzajemnie – odparłam. - Nie możemy zmienić wersji zdarzeń i powiedzieć, że ktoś wsypał mu coś do drinka? Po prostu? 
- Ana, to moja ostatnia nadzieja – szepnęła. - Nie mogę się wycofać, nie teraz, kiedy pierwsza część się udała. 
- A co zrobisz, jak policja nas złapie? 
- Nie złapie. 
- Dobra dziewczyny, czas na nas.  
Chłopak zeskoczył z podwyższenia i zabrał z moich nóg Karolę. Jak na osobę, która nie przepadała za tą dziewczyną, traktował ją powyżej standardów. Nosił na rekach niczym księżniczkę i czasem nawet poprawiał głowę, żeby nie wisiała tak bezwładnie, tylko opierała się o jego ramię. 
Nacisnęłam guzik przywołujący windę. 
Termit wszedł do środa i poczekał, aż we dwie wciągniemy Michała. Sztuczne światło windy początkowo nas oślepiło. Kiedy odzyskaliśmy zdolność widzenia, Termit nacisnął guzik przy poziomie -1. Zamrugałam kilka razy zanim obraz mi się wyostrzył a biało-niebieskie kropki przed oczami zupełnie zaniknęły. 
Marysia spłonęła rumieńcem. Zorientowałam się o co chodzi dopiero w momencie, kiedy Termit zaczął niebezpiecznie chichotać, a krótkie włosy Karoli podskakiwały razem z jego ramionami. 
W  lustrze windy odbijała się nieprzytomna twarz Michała Idealnego. Z wysokości jego policzków schodząc po szyi w dół do rozpiętej koszuli, chłopak był oznaczony stemplami w kolorze fuksji. To jeszcze  nic, na jego szyi wisiał kawałek koronkowego materiału, a rękawy koszuli były brudne od szminki i idealnie pomięte. Z kieszeni wychylał się gigantyczny czarny kolczyk Marysi. Wodząc wzrokiem w dół, zobaczyłam rozpięte spodnie i sama zaczęłam się rumienić.  

- Błagam, powiedz, że to nie twoje majtki – syknęłam, wskazując na kawałek koronki przy jego szyi. Musiałam odwrócić wzrok od rozpiętych spodni. 
- Owszem, ale niedzisiejsze – dumnie odparła w akcie obrony.  
Termit roześmiał się na głos. 
Maria Andruszek złapała Michała Idealnego za ramiona i wpiła się w jego nieprzytomne usta, rozsmarowując szminkę na  połowie jego twarzy. Cały czas wpatrywała się w Termita, który przestał chichotać i któremu teraz zbierało się na wymioty. 

- Mogę tak cały dzień, więc lepiej mi więcej nie podpadaj – burknęła. Przetarła czarnym rękawem bluzki swoje usta i tym samym ściągnęła z nich cały kolor.
Michał wyglądał, jakby zaatakowało go stado dziewic a on był jedynym osobnikiem płci męskiej w odległości kilkuset metrów. 
Winda zjechała na sam dół, a my odetchnęliśmy z ulgą. Naprawdę niewiele brakowało, żeby wpakować się w kłopoty. To znaczy, już i tak mieliśmy kłopoty. Uśpiliśmy naszych przyjaciół i teraz musieliśmy ich jakiś cudem przetransportować do domu mając nadzieję, że naprawdę TYLKO ŚPIĄ. I, że nie zrobią z tego znowu jakieś dużej sprawy. Gdyby to mnie spotkała taka sytuacja to pewnie bym się wkurzyła, ale tym razem ze względu na okoliczności, nie mieliśmy wyjścia. A Karola napatoczyła się przez zwykły przypadek. 
- Cicho – szepnął Termit. Trzymał telefon w dłoni i próbował oświetlić drogę, ale niosąc dziewczynę na rękach nie było to takie proste.
Winda zjechała prosto do piwnic bloku, w którym mieszkali chłopcy. Mięliśmy szanse na to, że przeczekamy w spokoju jakiś czas, a potem dostaniemy się do mieszkania, pójdziemy spać, wstaniemy i o wszystkim zapomnimy. Problem mógł stanowić jedynie Michał, który, cóż, nie był w najlepszej formie. Marysia włożyła bardzo dużo serca w to, żeby doprowadzając go do takiego stanu. Podejrzewałam, że szminka z kołnierza i mankietów za nic w świecie się nie spierze. 

Nie wiedziałam jakim kłamstwem moja przyjaciółka chce go nakarmić, ale było to w tym momencie najmniej ważne. 
- Zostaw nam Karolę i zajmij się Michałem – prychnęłam.
Jego stopy głośno szurały po nierównej powierzchni. 
- Ciii!
Razem z Marysią stanęłyśmy w miejscu. Dorian schował telefon i otoczyła nas gęsta ciemność. 
- Słyszałem coś – szepnął.
Ja słyszałam jedynie odgłos szurających stóp Michała i nasze oddechy. 
Termit położył Karolę na ziemi, tak, że opierała się o moje nogi. Świetnie, miałam na plecach dryblasa i w pół rozebraną dziewczynę u stóp. Potem wrócił się, żeby sprawdzić, czy ktoś nas śledzi. 
- Zaraz wracam – dodał.
Marysia pogłaskała kark Michała ręką i przysunęła policzek do jego policzka. 
- Nie wydaje ci się, że oddycha nie tak jak trzeba? - zapytała prawie bezgłośnie.
- Proszę, nie każ mi tego sprawdzać. 
- Raz oddycha miarowo, a potem jak szalony, a potem znowu przestaje. 
- Jesteś przewrażliwiona, nic mu nie będzie. 
Siedzenie w ciemnej piwnicy z dwiema nieprzytomnymi osobami już samo w sobie było przerażające. Marysia mogła nam oszczędzić dodatkowych wrażeń. 
- Po prostu się martwię...
Poczułam coś w okolicach stóp. 
- Myślisz, że tu są szczury? - zapytałam. Powoli zaczynałam panikować.
- Miejmy nadzieję, że nie, bo wtedy zachowuje się jak szalona – odparła. 
Z tonu jej głosu wynikało, że trochę boi się tego co zaraz powiem. 

- Coś poczułam na stopie. 
- Nie. To nie może być szczur – próbowała przekonać sama siebie. 
Ale coś w okolicach moich nóg znowu się poruszyło. I jeszcze raz. I znowu. W końcu otaczającą nas ciemność przerwał przerażający krzyk. 
Przysięgam, podskoczyłam na wysokość jednego metra. Ciężar, który miałam na łydkach odkleił się i nie wiedziałam czy powinnam zapłakać czy może też zacząć krzyczeć. 
Na szczęście Marysia zachowała trzeźwość umysłu. Przerzuciła mi całe ciało Michała na plecy, a potem kucnęła i wbiła przedramię w usta rozwrzeszczanej czarnulki. 
Nie przewidziała tego, że Karola może być przerażona tym, że znajduje się w ciemnym miejscu, na podłodze z kamienia i że ktoś zatyka jej usta ramieniem. Zamachnęła się i uderzyła mnie łokciem w piszczele, aż wydałam z siebie jęk rozpaczy. Marysia odskoczyła i szarpnęła za sobą Michała, a ja straciłam równowagę i poleciała do tyłu. Blondynka zatrzymała się na ścianie, Michał poleciał na ziemię, a ja wylądowałam na nim. Karola nie przestawała krzyczeć. 
Głośno przeklinając, dołączył do nas Termit i pierwsze co zrobił to oświetlił sobie drogę, a potem rzucił się na Karolę. Zasłonił jej usta dłonią i docisnął do siebie. 

- Karola, uspokój się. To ja – powiedział, a ona zaczęła wierzgać nogami. - Marysia i Ana też tu są – nasze imiona zadziałały na nią uspokajająco. -  Musisz być cicho, bo nie mogą nas znaleźć, chyba, że chcesz żebyśmy musieli tłumaczyć twojej mamie dlaczego prowadzi nas do domu policja...
Czarnulka uspokoiła się na tyle, że Termit mógł odjąć jej dłoń z ust. 

- Co się stało? Gdzie jestem?
Dorian poświecił w naszym kierunku mdłym światłem telefonu komórkowego i zobaczył, że  Michał leży na ziemi, a nad nim klęczę ja i Marysia. 

- Michał, obudź się – lamentowała dziewczyna. - Proszę, obudź się...
Tyle, że Michał nie dość, że był naszpikowany tabletkami usypiającymi to jeszcze rypnął głową o kamienną posadzkę. 
Jeśli był jakikolwiek przerażający moment w ciągu tej nocy to ten zdecydowanie wyprzedzał wszystkie inne w rankingach. 

- Musimy stąd iść – zarządził Termit.
- Oszalałeś? Przecież go tutaj nie zostawię! Musimy go zabrać do szpitala, natychmiast! - wrzasnęła Marysia. 
- Ale oni zaraz tu będą. Byli niedaleko jak tu schodziliśmy i z pewnością usłyszeli jak się darłyście. 
- Ty naprawdę  myślisz, że zostawimy tu Michała? - zapytałam. 
Trzęsły mi się ręce ze strachu. Przygniotłam go własnym ciężarem. Mogłam go przecież poważnie skrzywdzić. 
Termit podszedł do Marysi i objął ją ramieniem. 
- Jak go znajdą, to od razu zabiorą do szpitala.
- Będzie miał przez nas kłopoty. 
- Nikt nie musi wiedzieć, że przez nas się tutaj znalazł. 
- Ty egoistyczny dupku! - wrzasnęła.
- Maryśka, jeśli cztery osoby mogą obejść się bez problemów to dlaczego z tego nie skorzystać? Po co mamy całą ekipą podawać się na tacy?
- Spróbujmy go podnieść – zaproponowałam, ale  Marysia zatrzymała mnie ręką, jeszcze zanim cokolwiek zrobiłam. 
- Nie. Może być ranny. Nie możemy go ruszać... 
- To jak go chcesz stąd zabrać pani wszystkowiedząca? - przedrzeźniał ją Termit. 
Marysia wstała, przeszła kilka kroków do wyjścia i krzyknęła z całej siły:
- Pomocy! Tu jest ranny, pomocy!
Termit wziął półprzytomną Karolę na ręce, ja chwyciłam jego telefon i ruszyliśmy biegiem. Maryśka poczekała aż usłyszy odgłos zbliżających się stóp i dopiero wtedy do nas dołączyła. 

czwartek, 18 grudnia 2014

27 października, blady świt

Odetchnęłam z ulgą, kiedy drzwi windy zasunęły się za nami. Musiał stać się cud, skoro winda była pusta. Albo po prostu policja zgarnęła jeżdżącą imprezę już na wstępie. 

Kiedy wrzucaliśmy ciało Michała Idealnego do zasyfionej windy, już słychać było policyjny radiowóz, a wszyscy którzy świetnie bawili się na klatce schodowej zaczęli uciekać w popłochu. Właściwie... czy my mieliśmy jakiś plan? Cokolwiek? Czy w dalszym ciągu działaliśmy na bieżąco? 

- Jedziemy na samą górę, czekamy aż policja wtargnie do mieszkania a potem zjeżdżamy do piwnic i mamy nadzieję, że nikt nie wpadł na ten sam pomysł co my...
Mówiąc to, Termit odłożył Karolę na podłogę i wcisnął przycisk dziesiątego piętra. Zsunęłam się po ścianie na ziemię. To zdecydowanie nie był odpowiedni moment, żeby pytać co stało się pomiędzy nim a Karolą, ale definitywnie ostatni czas, żeby powiedzieć mu dlaczego targamy za sobą nieprzytomną przyjaciółkę i narzeczonego Marysi. Dziwne, że jeszcze o to nie zapytał. 

- Hm, zanim zaczniesz nas osądzać – zaczęłam, patrząc na Marysię, która kuca nad Michałem – musisz wiedzieć, że to co zrobiłyśmy to była ostateczność...
- Po jaką cholerę upiłyście Karolę i tego lalusia? 
- Niezupełnie upiłyśmy, a Karola znalazła się w złym miejscu i w złym czasie, jak zwykle zresztą... 
- Czy możemy pogadać o tym później? - wtrąciła Marysia. Odwróciła się w naszą stronę. - Michał oddycha nieregularnie – powiedziała zmartwiona. 
- Co wy mu dałyście? - zapytał podejrzliwie. Termit złapał się za głowę i autentycznie zaczął się martwić. 
- Dorzuciłyśmy mu do drinka tabletki nasenne – krótko wyjaśniła.
- PORĄBAŁO WAS? - wrzasnął. - Wystarczy, że masz wadę serca i tabletki połączone z wódką zaprowadzą cie prosto do grobu! 
Może rzeczywiście nie byłyśmy najlepsze w przewidywaniu skutków naszych działań. Durny pomysł Marysi. Jeśli zajmiemy elegancką celę w więzieniu to wyrzuty sumienia ją zabiją i ja już o to zadbam. 

- Karola wypiła jedną porcję – przypomniałam wszystkim zgromadzonym i nachyliłam się, żeby posłuchać jak oddycha.
Nie miałam zbyt dużego doświadczenia w tych sprawach i jako lekarz sprawdzałam się jedynie na oddziale dziecięcym w moim pokoju, kiedy robiłam wirtualne szczepionki moim lalkom, a było to gdzieś w podstawówce. Termit odsunął mnie ramieniem i kucnął nad Karolą. 

- Wszystko w porządku – skwitował.
Winda wydała z siebie charakterystyczne stękniecie i znaleźliśmy się na dziesiątym piętrze.