niedziela, 14 grudnia 2014

26 października, koło północy

Michał Idealny wyglądał perfekcyjnie na tle niewysportowanych i źle uczesanych nieznanych mi kolegów Darka. To znaczy, zgadywałam, że to koledzy Darka. Byli kolejnymi gośćmi na imprezie, a ta z kolei, to znaczy impreza, powoli przenosiła się na świeże powietrze. Byłam przekonana, że prędzej czy później policja nas odwiedzi. Sąsiedzi nie mogą  być aż tak bardzo cierpliwi, żeby wysłuchiwać elektrycznych składanek przez całą sobotnią noc. 

Marysia postawiła przed Michałem dwa drinki z kawałkami cytryny i pogłaskała go po głowie. Szklankę bez cytrusów oplotłam dłońmi. Powoli sączyłam swojego drinka. 
W tym momencie potrzebowałam alkoholu jak niczego innego na tym świecie. Dopiero co dopuściłam się potwornej zbrodni na narzeczonym mojej przyjaciółki i dodatkowo musiałam na to wszystko patrzeć. 
Co mi strzeliło do głowy, że w ogóle się na to zgodziłam? 

- Zrobiłyśmy z Aną coś pysznego – powiedziała Marysia i wcisnęła w dłonie chłopaka jedną ze szklanek.

Michał był zajęty rozmową o sportowych wozach i o tym, że kolor czerwony na karoserii nie jest gejowski a tak w ogóle to tolerancja na tym świecie powoli zanika chociaż każdy powinien mieć prawo do własnych przekonań. 

Skąd ona wytrzasnęła tego faceta? 
Narzeczony sączył drinka bez większego entuzjazmu, bo ekscytował się wolnością słowa i czerwoną karoserią. 
Marysia była zdenerwowana. 
Ja chyba też, bo inaczej nie szczękałabym zębami o szklankę. 
Dziewczyna wstała i machnęła na mnie ręką. Bez namysłu poszłam za nią ściskając swojego drinka w dłoni. 
- Nie wiem co mam robić – wyznała.
- Przepraszam, ale że co? - zapytałam. - Dałyśmy mu środki nasenne, a teraz mi mówisz, że nie wiesz co masz robić? 
- Musimy go stąd zabrać. 
- Chyba, że chcesz zgwałcić swojego faceta na oczach wszystkich tutaj... 
- Gdzie mamy go zabrać? - wpadła w panikę. Chodziła w te i z powrotem po korytarzu, gdzie było już i tak zbyt duże zaludnienie, żeby od razu tak szaleć i się przesuwać, a do tego jeszczde myśleć na głos. 
- Nie przemyślałaś tego? 
- Miałam nadzieję, że zostawili w mieszkaniu chociaż jedno łóżko. 
= Naprawdę chciałaś to z nim zrobić przy wszystkich, prawda? 
- Inni nie mają z tym problemu – zauważyła.
- Czy jesteś aż tak sfrustrowana, żeby przeżyć swój pierwszy raz z facetem na pijackiej rekordowej imprezie, gdzie nawet nie ma gdzie usiąść? 
- Ekhmn – Marysia odchrząknęła, a ja przypomniałam sobie, że to nie miałby być jej pierwszy raz.
- Przecież to się nie uda – powiedziałam. 
Nie miało prawa się udać... 

- Ana, wymyśl coś, błagam – jęknęła. 
Wymyśliłam. Według mojego planu tworzonego na szybko, Michał miał wypić dwie szklanki diabelskiego płynu i zacząć czuć się zmęczonym (a przynajmniej taką miałam nadzieję, bo dwie tabletki nasenne w połączeniu z alkoholem mogły równie dobrze wpakować go prosto do szpitala, co do grobu). Marysia miała wtedy wyciągnąć od niego kluczyki do samochodu i zawieźć do naszego mieszkania. Musiała tylko położyć go w swoim łóżku, a rano wysilić się na historyjkę o tym, jak to spędzili ze sobą cudowną noc. 

Plan był świetny. Bez dwóch zdań. Nie brał pod uwagę tylko kilku rzeczy. 

Między innymi tego, że kiedy wrócimy do kącika w którym siedział Michał z kolegami zobaczymy Karolę. 
Trzymającą w ręku szklankę. Z cytryną. 
I to w dodatku pustą. 
Nie zdążyłam krzyknąć, bo Marysia wbiła mi paznokcie w nadgarstek. 
- Wszystko pod kontrolą – powiedziała do mnie, a potem ruszyła przed siebie na wysokich obcasach i zajęła miejsce na poduszce obok Karoli.
NIC NIE BYŁO POD KONTROLĄ, zupełnie nic. 
Czarnowłosa przyjaciółka miała rozmazany tusz do rzęs i nieobecny wzrok. Była już wystarczająco pijana, żeby z trudem utrzymywać równowagę, więc tabletka nasenna była jej zupełnie zbędna. 
- Co ze mną nie tak? - zapytała niewyraźnie.
Wszystko jest w jak najlepszym porządku – powiedziała radośnie Marysia, jakby samą siebie chciała przekonać o tym, że faktycznie wszystko jest w porządku. 
- Czy coś się stało? - zagadnęłam. 
Próbowałam ułożyć w głowie plan b. Zrób coś, Ana, zrób coś... 
- Wiesz, ja naprawdę nie wiem co oni wszyscy w tobie widzą... - bulgotała. - Termit całował mnie w taki cudowny sposób, a potem powiedział: zawsze cię pragnąłem... 
- Więc w czym problem? - zapytała Marysia ze sztucznym uśmiechem. Powoli zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. 
Karola rozłożyła nogi obleczone w poszarpane rajstopy niczym marionetka. 
- Zawsze cię pragnąłem, Ana.
Nie zrozumiałyśmy. Zamrugałam oczami, ale w dalszym ciągu nie docierałdo mnie sens tych słów.
- Dorian powiedział: zawsze cię pragnąłem, Ana – wyjaśniła tak naprawdę niewiele wyjaśniając.
Termit najwyraźniej bawił się świetnie kosztem mojej przyjaciółki. To była już najwyższa pora, żeby powiedzieć jej, że chłopak nie jest jej wart. 
- Karola, za chwilę pojedziemy do domu i jutro o tym porozmawiamy, dobra? Przy owsiance. Owsianka rozwiązuje wszystkie problemy tego świata – złapałam ją za ramiona i lekko potrząsnęłam. 
Zero reakcji. 
Marysia zerkała na swojego chłopaka kątem oka. Zaczynał tracić koncentrację i zachowywać się dziwnie. Mówił rzeczy niemające sensu i robił się na tyle śpiący, żeby zacząć nas tym niepokoić. Pijany i śpiący, rozumiecie. Jesteśmy na czwartym piętrze, a chłopak waży więcej niż my we dwie razem wzięte. W windzie trwa druga impreza i nikt nie powiedział, że zostaniemy ciepło przyjęte na biesiadzie przy nalewkach babuni, zwłaszcza, że ciągniemy za sobą dorosłego faceta. 
- Termit. Znajdź Termita – zarządziła Marysia.
Odłożyłam Karolę na bok, tak, żeby oparła się o Marysię. Wyglądała jak pijana dziewczyna, którą zajmują się przyjaciółki. Nie budziła sensacji bo takich jak ona w tym mieszkaniu było na pęczki. 
Musiałam znaleźć Termita, Doriana, czy jak mu tam było. Natychmiast. 
Przecisnęłam się między roznegliżowanymi dziewczynami. Musiałam torować sobie przejście łokciami, więc zaraz za mną posypały się niepochlebne komentarze. Miałam to gdzieś. Musiałam go znaleźć. 
Wtedy ktoś złapał mnie od tyłu za ramię i bez cienia delikatności obrócił w swoją stronę. 
- Szukałem cię, mała.
Darek był kompletnie pijany i podtrzymywał się na moim ramieniu, żeby nie upaść. 
- Porozmawiamy później, muszę... - zaczęłam, ale wiedziałam, że to bez sensu.
Chłopak mnie nie słuchał. Chwiejącym się krokiem podszedł jeszcze bliżej, tak, że czułam jego śmierdzący alkoholem oddech. Próbował objąć mnie ramionami. 
- Nie dotykaj mnie – powiedziałam.
Uśmiechnął się i zamiast się odsunąć -  moje słowa potraktował jako zachętę, bo jego spierzchnięte usta niebezpiecznie zbliżały się w moim kierunku. 
- Wiesz mała, kręcisz mnie jak jesteś taką złośnicą – powiedział przeciągając słowa.
Ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę to całowanie się z moim chłopakiem, który jest zalany w trupa na własnej rekordowej imprezie. 
- Darek, odsuń się, bo będę krzyczeć – zagroziłam.
Tym razem się roześmiał i szarpnął mnie za ramię. Mocno. Zbyt mocno jak na kochającego chłopaka. Zbyt mocno nawet na osobę, która po prostu szanuje druga połowę i na tyle mocno, żebym w przypływie odwagi go odepchnęła. 

Boże, co ja zrobiłam?
W tym momencie przede mną z ziemi wyrósł Termit. Nawet się nie spostrzegłam, kiedy zakrył mnie swoim ciałem. 
Wszystko działo się w tempie przyspieszonym.
Darek zatoczył się kilka razy, ale w końcu złapał równowagę. Zanim stanął naprzeciwko Doriana, zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się co się dzieje. A potem wziął rozbieg i zaatakował go – widocznie postawił na to, że to on go popchnął. Jego dziewczyna przecież nie mogłaby tego zrobić. 
Taa.
Termit miał dużo lepszą koordynację ruchową, bo bez problemu odparł atak, a potem pchnął Darka w kąt, jakby ważył dwa kilogramy, a nie siedemdziesiąt. Już chciałam podbiec i zobaczyć, czy wszystko w porządku, ale Termit odwrócił się do mnie przodem. 
Nad jego ramieniem widziałam jak do Darka podbiega jego świta i kilka zaciekawionych dziewczyn. 
- Muszę zobaczyć, czy nic mu nie jest – jęknęłam. 
Termit zagrodził mi przejście ręką, a ja próbowałam się przez niego przebić. Bezskutecznie. 
- Musimy stąd wyjść. Natychmiast.
Nie zdążyłam zapytać dlaczego, bo Termit objął mnie w pasie i wyprowadził z salonu na korytarz. Odwróciłam głowę, żeby sprawdzić co z Darkiem, ale zobaczyłam tylko plecy jednego z jego kumpli. 
- Gdzie reszta?
Wskazałam mu mały pokój, w którym siedziała Marysia, uśpiona Karola i nieprzytomny Michał. No i jakieś dwadzieścia pięć obcych mi osób. 
Zrozpaczona Marysia szukała nas wzrokiem. Zdążyła się pozbyć chłopaków z którymi zawzięcie dyskutował jej narzeczony i teraz próbowała utrzymać równowagę obejmując Michała i Karolę jednym ramieniem. Dopadliśmy ją w tym samym momencie. Termit podniósł czarnulkę i zarzucił jej ręce na szyję, a potem wziął ją ramiona. 
- Zaraz przyjedzie tu policja – zakomunikował, a ja miałam ochotę krzyknąć „a nie mówiłam?”.
- Skąd wiesz? - zapytała Maria. 
Obie próbowałyśmy podnieść Michała do pozycji stojącej. Chłopak miał zamknięte oczy, oddychał miarowo i był tak ciężki, że miałyśmy z tym spory problem. 
- Przed chwilą otworzyłem drzwi sąsiadce z dołu i powiedziała, że policja już jedzie, więc jej już wszystko jedno czy zaczniemy być cicho czy nie.
- Muszę powiedzieć Darkowi... - zaczęłam. 
- Jemu nie zrobi to najmniejszej różnicy. Jest pijany jak biszkopt. 
Uniosłam pytająco brwi. Niektóre teksty Termita przyprawiały mnie o dreszcze. Jak biszkopt? Jak można być pijanym jak biszkopt? 
- Ana, przyłóż się trochę – wyjęczała Marysia. Michał zjeżdżał z jej wątłych pleców. 
Zreflektowałam się i wzięłam część nieprzytomnego chłopaka na swoje ramiona. Pachniał drogimi męskimi perfumami i świeżo wypraną koszulą. 
Termit z Karolą przelewającą mu się przez ramiona wyszedł z mieszkania zostawiając drzwi szeroko otwarte. Resztkami sił wytargałyśmy Michała z pokoju na korytarz. Ciężkie rockowe brzmienia wyleciały za nami i pofrunęły w dół klatki schodowej. Nic dziwnego, że sąsiedzi zaczęli się pluć. Klatka schodowa była kolejnym punktem imprezy i to tam odbywały się największe toasty. Obawiałam się, że zwykła interwencja policji nie wystarczy do okiełznania rekordowej imprezy mojego chłopaka. 
Dorian przecisnął się przez przypadkowy tłum osób i ruszył schodami do góry. Popatrzyłyśmy na niego z ironicznym uśmiechem, bo niby jakim cudem miałyśmy z Marysią wtargać Michała na górę, skoro ledwo przesunęłyśmy się z nim po płaskiej powierzchni. Chłopak odłożył Karolę na ziemię, przywołał windę z piętra piątego i zbiegł, żeby nam pomóc. 
W myślach błagałam o to, żeby winda była pusta i żebyśmy nie musieli użerać się z imprezą, która prawdopodobnie w dalszym ciągu kursowała między piętrami bloku. Impreza, bo nalewki pewnie już dawno nie było. 

środa, 10 grudnia 2014

26 października, kilka minut później

Nie zdążyłam przekroczyć progu mieszkania, a już czyjś język władował mi się do gardła. 
Przysięgam, gdyby nie to, że poznałam Darka po butach (brudne białe trampki) to odwinęłabym mu z półobrotu i pozwoliła stoczyć się ze schodów niczym sklepowy manekin. 
- Kochanie, dobrze, że już jesteś.
Maryśkę z Michałem Idealnym i Karolę z Termitem zgubiłam gdzieś między ludzkimi ciałami rozłożonymi na klatce schodowej. 
Nie myślcie sobie, że tak łatwo było się dostać na czwarte piętro. Okazało się, że część imprezy przeniosła się do windy, gdzie towarzystwo zjeżdżało z samej góry na sam dół popijając własnoręcznie robioną nalewkę i śpiewając wiejskie przyśpiewki. 
Kolejna część imprezy to ta ciągnąca się od drugiego piętra w górę. Tutaj, jak się później okazało, znalazła swoje miejsca ta bardziej kulturalna część zaproszonych gości, bo zachowywali się na tyle cicho, że sąsiedzi nie mieli nic przeciwko. Nawet nie chciałam wiedzieć co robili tak naprawdę przy zgaszonym świetle, skoro ze sobą nie rozmawiali. 
I centrum: czyli mieszkanie numer 46. Alkohol lał się strumieniami i przepływał między czipsami rozrzuconymi po podłodze. Machnęłam do Darka i bezgłośnie powiedziałam, że nic nie słyszę. Ciągle coś do mnie mówił, ale zbyt dużo działo się dookoła, żebym mogła się na tym skupić. 

Chłopak nachylił się do mnie, ale szybko zrezygnował. Wyciągnął mnie za rękę na klatkę schodową i zaprowadził na półpiętro (tam, gdzie kolejny odłam imprezy nie zdążył się jeszcze przenieść) . 

- To niesamowite! - powiedział. - Jest tu jakieś sto pięćdziesiąt osób, licząc ekipę w windzie!
- Powinnam ci pogratulować? 
- Jeszcze nie – objął mnie ramieniem i docisnął do siebie. - Na facebooku udział w wydarzeniu wzięło ponad 300 osób. Chyba powinienem zapytać sąsiadów z prawej, czy będą mieli coś przeciwko, jak rozciągniemy imprezę na ich terenie. 
- I policja z pewnością nie zauważy, że coś się tutaj dzieje – prychnęłam w jego koszulkę. 
- Mała, odrobinę optymizmu. Nie wiem dlaczego zawsze masz przygotowany na każdą okazję czarny scenariusz. 
- To się nazywa realizm. 
- Pesymizm. 
Jego usta zsunęły się z wysokości mojego ucha na szyję i zaczęły wpijać się w delikatną skórę na karku. 
Nie lubiłam takich zagrań, bo nie panowałam nad sobą. Ciągle byłam wściekła na Darka, a dreszcze na moim ciele zdecydowanie nie sprzyjały tej roli. 
- Darek, przestań – powiedziałam niechętnie.
- Masz szczęście, że nie mamy czasu – powiedział. - Bola dzisiaj świętuje, bo dostał pracę w jakimś klubie nocnym. 
- Świetnie – odparłam znanym mu tonem, który informował go jak bardzo mnie to interesuje. 
- Musimy wypić szampana. Przynajmniej udawaj, że się cieszysz z jego szczęścia, co? 
- Oczywiście, że się cieszę. Jeśli to oznacza, że przestanie zajmować wasz rozkładany fotel na korytarzu to cieszę się jeszcze bardziej. 
I uśmiechnęłam się w tak sztuczny sposób, że nawet ciemność w której staliśmy nie była w stanie tego ukryć. 
- Co ja z tobą mam, mała – podsumował.
Wziął mnie za rękę, ale jeszcze zanim pociągnął w dół schodów do mieszkania, którego drzwi otwarte były na oścież – objął mnie w pasie i wgryzł się w moją szyję. A to totalnie nie pomagało moim uśpionym wyrzutom sumienia. Wolałam być obrażona i wściekła, a już na pewno wolałam nie przebywać blisko Darka. 
Ciągnął mnie za sobą przez całe mieszkanie, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie kotara odgradzała kuchnię od pokoju. Na potrzeby imprezy wszystkie meble z pokoju zostały wyniesione na zewnątrz, a kotara została podwinięta do góry. Przeciskałam się między obcymi ludźmi, którzy z plastikowych kubeczków sączyli drinki i wkładali sobie do gardeł żelki nasączone alkoholem. Poza tym większość osób podobierała się w pary i przylegała do siebie tak mocno, że ciężko było stwierdzić czy w ogóle mogą oddychać Muzyka wbijała mi się w uszy.  
Przy niewielkim stoliku siedziała świta mojego chłopaka i kilka obcych dziewczyn. Na stole stały puste butelki po tanim szampanie i jeszcze kilka pełnych. Miski z czipsami były opróżnione do połowy. Nikt nie zwracał uwagi na mnie i Darka do momentu, w którym mój chłopak zaczął domagać się plastikowego kubka dla mnie. 
- Spoko, laska, zaraz coś się znajdzie – odburknął jeden z kolegów Darka i zaczął grzebać za czymś pod stolikiem. 
Darek dosiadł się do Bola, obok którego tańczyła roznegliżowana panienka. Rozlał alkohol do kubeczków stojących na stole. Nieśmiało sięgnęłam po kubeczek – obiecałam sobie, że wypiję jedną porcję alkoholu za nową pracę Bolesława, nawet jeśli totalnie nie znałam tego chłopaka. Przyrzekłam sobie, że skoro narobiłam już tyle złego w naszym związku, to miło by było dobrze zachowywać się chociaż podczas imprezy. Chociaż ten jeden jedyny raz. 
Niestety w tym samym momencie, w którym ja wyciągałam rękę po szampana, laska, która wiła się obok Bola chwyciła kubeczek i z premedytacją wylała całą jego zawartość na swój biust. Skrzywiłam się mimowolnie i szturchnęłam Darka. 
Darek patrzył jak Bola dostawia się do mokrej od szampana dziewczyny. 
Ja niestety nie mogłam. 
- Idę poszukać dziewczyn – powiedziałam i sobie poszłam.
Przedarłam się obok pary, która nie mogła się zdecydować jak daleko może się posunąć w trakcie tej imprezy. Walnęłam z łokcia łysego faceta, który tańczył breakdance między nogami innych tańczących osób. Nadepnęłam na wysunięte ze szpilki palce blond dziewczyny i nie miałam nic przeciwko, żeby nadepnąć jej na drugą stopę. Dziewczyna skrzywiła się, a potem spiorunowała mnie wzrokiem. Zupełnie tak, jakby jej wymalowane tuszem do rzęs oczy miały sprawić, że spłonę w ciągu jednej chwili. 

- Karola! - wrzasnęłam, bo gdzieś w oddali, na korytarzu małego mieszkania przemknęła mi burza czarnych włosów. 
Dopchałam się do korytarza z niemałym trudem. Ta impreza to od początku był poroniony pomysł. Dlaczego ja w ogóle zdecydowałam się na nią pójść? 
Ach, no tak. Ktoś musiał zaciągnąć tu Termita i uśpić Michała Idealnego. 
Następnym razem zanim na cokolwiek się zgodzę, przysięgam, przemyślę to tysiąc razy a potem i tak powiem: nie. 

- Och, tu jesteś.
Odwróciłam się i zobaczyłam szminkę w kolorze fuksji i wielkie czarne kolczyki. 
- Musisz mi pomóc.
Marysia podała mi pakunek z jednorazowej chusteczki i nachyliła się do mojego ucha. 
- Musisz to podać Michałowi. 
Zamrugałam ze zdziwienia. Zaraz, chwila, na pewno ja mam to zrobić? Nie wystarczy, że zgodziłam się na to patrzeć? Odwinęłam kawałek chusteczki i zobaczyłam pięć białych tabletek. 

- Boże, co to jest?
- Tabletki nasenne – wyjaśniła rzeczowo. 
- Skąd ty je masz? 
- Karola ukradła mamie – wzruszyła ramionami. 
Jakby podkładanie tabletek nasennych swoim chłopakom było na porządku dziennym. 
- I chcesz mu podać aż pięć?! - zapytałam zaskoczona. - Zależy ci na tym, żeby spał godzinę, czy całą wieczność?
- Och, no dobrze... - powiedziała wyraźnie zirytowana. 

Wyjęła z chusteczki trzy tabletki i schowała je do kieszeni. Dwie, które zostały w środku szczelnie zawinęła i podłożyła pod obcas. Pokręciła piętą, a potem zwróciła mi brudny od podłogi pakunek. 
Odwinęłam go. Tabletki były idealnie sproszkowane. 
Cwana bestia.
Maria uśmiechnęła się i położyła rękę na brzuchu. Do momentu, w którym dowiedziałam o ciąży nie zauważałam tego gestu, ale teraz widziałam doskonale, że robiła to dosyć często. Kładła dłoń na brzuchu i trwała tak przez kilka chwil. 
- A teraz chodźmy. Znajdziemy coś do picia i zrobimy najlepszego drinka na świecie dla mojego ukochanego.
Po czym wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła do kuchni. 
Początkowo miałam lekkie opory, ale kiedy zauważyłam, że przy stoliku nastąpiła rotacja towarzystwa i nie ma tam Darka ani jego kompanii i mokrych od szampana lasek, zrobiło mi się lepiej. A przynajmniej to co zjadłam tego dnia nie podchodziło mi do gardła, jak w momencie, kiedy widziałam wijącą się lafiryndę w bliskiej odległości od mojego chłopaka. 
Marysia otworzyła jedną z szafek, i wyciągnęła trzy wysokie szklanki. Dmuchnęła na kurz, który je oblepiał, ale niewiele to pomogło, więc umyła je pod kranem. Obserwowałam ludzi, którzy łączyli się w grupki i robili zakłady, kto więcej wypije. 

- Hej, patrz.
Marysia wskazała mi ramieniem drugi koniec pomieszczenia. Lampka nocna, który stała na ziemi, oświetlała od dołu przytuloną parę. Chłopak obejmował dziewczynę w pasie, a ta z kolei siedziała w otwartym oknie na parapecie, z nogami owiniętymi dookoła niego. Wymieniali między sobą wszystkie bakterie jakie tylko mogły znaleźć się w ich układach oddechowych.
Karola. I Termit. 
Fuj. 

- No cóż. Chyba im się układa – wzruszyłam ramionami. Szybko odwróciłam wzrok, bo obiad znowu podchodził mi do góry.
- Chociaż jej – odparła smutno. 
Wiedziałam co ma na myśli. Obie byłyśmy w kiepskiej sytuacji. To znaczy, bezapelacyjnie to Marysia wygrywała w tym rankingu. Czym był mój Maciek, który siedział w mojej głowie i nie dawał się stamtąd wyciągnąć w porównaniu do ciąży z obcym facetem, który nawet nie wie, że będzie ojcem? Moje problemy były po prostu niczym. 

- Dwie szklanki dla niego, jedna dla ciebie i dla mnie... - wyciągnęła się na palcach po jeszcze jedną szklankę  - woda.
Przeszukałam wzrokiem brudne blaty kuchenne w poszukiwaniu butelki z wodą. Niestety Marysia musiała zadowolić się przegotowaną wodą z czajnika. Niechętnie obróciła go w dłoni, a potem wypełniła szklankę letnią wodą. 
Ja natomiast zajęłam się drinkami. Przechwyciłam wódkę stojącą na stoliku kuchennym i wypełniłam alkoholem trzy szklanki do połowy wysokości. Podzieliłam proszek na połowę i wsypałam po części do dwóch szklanek. Dorzuciłam po kawałku cytryny, żeby nie pomylić szklanek z mieszanką. Najwyraźniej na początku imprezy ktoś zabawiał się w barmana i dorzucał do drinków cytrusy.Teraz,  kilka godzin później, nie miało to już takiego znaczenia. 
Zamieszałam miksturę, zanim wypełniłam szklanki do pełna napojem pomarańczowym, który znalazłam w szafce. Marysia popijała wodę przyglądając się z zaciekawieniem temu co robię. 
W dalszym ciągu uważałam to za totalną głupotę. 
Przysięgam.