sobota, 18 kwietnia 2015

18 listopada, 20 minut dalej

Wdech i wydech. Wdech i wydech.
Stałam przed drzwiami klatki schodowej i zastanawiałam się czy aby na pewno chce tam wejść. Ciągle miałam możliwość odwrócenia się na pięcie. To była naprawdę kusząca propozycja, kiedy od jakiegoś czasu w głowie miałam siano, ponieważ:

a) Mój chłopak wykazywał coraz większe zainteresowanie mną, co sprawiało, że miałam ochotę rzucić się z okna trzeciego piętra, bo absolutnie nie byłam przyzwyczajona do tego typu zagrań.

b) Przyjaciel mojego chłopaka albo miał do mnie prawdziwego pecha, albo ewidentnie lubił utrudniać mi życie, czego kompletnie nie rozumiałam.

c) Moja ciężarna przyjaciółka nawiała z pokoju, chociaż zarzekała się, że nigdy z niego nie wyjdzie.

d) Moja druga przyjaciółka zachowuje się jak gdyby nigdy nic, a przecież całowałyśmy się na imprezie i od tamtej pory nie  jestem w stanie spać z nią w jednym łóżku, bo nie mam pojęcia co tak naprawdę siedzi jej w głowie.

e) Termit naprawdę jasno dał mi do zrozumienia, że nie zamierza się ze mną zadawać, bo sama moja obecność sprawia mu ból, gdyż nie odwzajemniam jego uczuć.

A tak w ogóle to moja matka nie przejmuje się moim życiem tylko dzwoni do mnie jedynie wtedy, kiedy musi się komuś wyżalić, a komu jak nie swojej dorosłej córce, która przecież nie odłoży słuchawki, a nawet jeśli, to kiedyś w końcu i tak będzie musiała odebrać telefon.
Powiedzcie mi proszę, że to nie jest powód aby poprosić o skierowanie do psychiatryka.
Wdech i wydech. Wdech i wydech... wdech...

– Cześć, Ana-Frana.
Odwróciłam się na pięcie. Tylko jedna osoba na świecie tak do mnie mówi i doskonale wie, że szczerze tego nienawidzę.

– Co ty tu robisz?
Przede mną stał Tomek z gigantyczną pizzą w prawej ręce i litrem coli w drugiej. Uśmiechał się głupio, jakbym przyłapała go na złym uczynku.
– Marysia ma niezłe humory i zażyczyła sobie pizzę na obiad, więc oto jestem.
– Marysia nawiała z pokoju! - wrzasnęłam. Miałam ochotę złapać go za ramiona i potrząsnąć nim, żeby się ogarnął, chociaż był ze trzy razy większy ode mnie.

– Tak, do mojego pokoju.
Zamrugałam zdziwiona.
– Nie rozumiem.

– Zadzwoniła do mnie jak byłem w pracy i zapytała czy nie mogę się urwać, bo umiera z nudów, więc przyjechałem, włączyliśmy film i poszedłem po pizzę. Może usnęła, nie wiem.
– Od kiedy ona się do ciebie odzywa?! - wypaliłam.
– Chyba od dzisiaj od godziny 12. - Musiał zobaczyć moją zaskoczoną minę bo dodał: – właściwie to sam jestem zdziwiony, ale widocznie kobiety w ciąży miewają różne wahania nastrojów, więc...

– Jak do tego doszło? - ciągle nie mogłam w to uwierzyć.
– Po prostu poleciała na mój urok osobisty i musisz się z tym pogodzić.
– Fuuuuuj! Ty nie masz uroku osobistego!
– W każdym razie była albo tak bardzo znudzona, że postanowiła mnie zwerbować, albo na coś poleciała. Może na inteligencję...
– Nie wydaje mi się...

Tomek wskazał mi głową drzwi klatki schodowej. W dalszym ciągu były zamknięte, bo nie mogłam się zdecydować czy wejść do środka czy uciekać gdzie pieprz rośnie.
Sięgnęłam do torebki po pęk kluczy, ale wtedy drzwi same się otworzyły i zamaszystym krokiem wyszedł przez nie wysoki chłopak. Gwałtownie podniosłam głowę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Darek odwrócił się w moją stronę dokładnie w momencie kiedy wydałam z siebie niemy krzyk i patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią.
Był bardzo zły. Albo rozczarowany. Właściwie to równie dobrze  mógł być wściekły i rozczarowany  jednocześnie. Tym, że musiał na mnie tyle czekać. I tym, że zostawiłam go dzisiaj samego sobie, a sama dałam nogę. 

Nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa, bo zobaczyłam co trzyma w ręce. Bukiet zwiędłych róż. Dziesięciu. Od jednej przecież oderwałam pąk.
O mój boże, on naprawdę za mną szedł i naprawdę wlazł do obcych ludzi przez ogrodzenie tylko po to, żeby zdobyć te róże. WSZEDŁ PRZEZ PŁOT PO RÓŻE, KTÓRE WYRZUCIŁAM.
Miejscówka w piekle jest już zarezerwowana pod moim nazwiskiem. Byłam chyba najgorszym typem dziewczyny, jaki można sobie wyobrazić. Która dziewczyna wyrzuca bukiet róż od swojego faceta? KTÓRY FACET WŁAMUJE SIĘ DO OBCYCH LUDZI, ŻEBY ODZYSKAĆ TE RÓŻE? A potem sterczy pół dnia na klatce schodowej?
Który, ja się pytam?

– O, tu jesteś – powiedział sucho.
Chciałam się odezwać, ale po prostu nie mogłam.
– Przyszedłem ci coś dać – zamachnął się kwiatami i rzucił je w moją stronę, a one wylądowały prosto pod moimi stopami.
Tak po prostu, jakby chciał rzucić w moją stronę piłkę i oczekiwał że trafię do bramki, czy coś. A ja nie bardzo wiedziałam, czy mam się rzucić z płaczem w jego ramiona, czy najpierw rzucić czymkolwiek w niego, a potem brać nogi za pas. Z perspektywy czasu pomysł ucieczki był jak najbardziej trafiony, szkoda tylko, że  nie byłam na tyle odważna, żeby się tego podjąć. Przecież sterczałam pod tą klatką dobre kilkanaście minut, mogłam sobie po prostu pójść i zaoszczędzić nam wszystkim niemiłych wydarzeń.
A tak to musiałam zmierzyć się z Darkiem, który miał w oczach rządzę mordu. I tym razem wyjątkowo nie przesadzam. Zachowywał się tak, jakby nie sprawiało mu trudności przyłożenie mi zwiędłymi łodygami kwiatów.

Próbowałam zebrać myśli, ale nie mogłam.  Rzucało mną jak jak jaszczurką po terrarium i chciałam wykrzyczeć wszystko naraz i jednocześnie przefiltrować całą zawartość moich myśli. Całe szczęście, że Tomek był w pełni poczytalny i stanął między mną i Darkiem (później dowiedziałam się, że przez cały czas wbijałam sobie paznokcie w dłonie i to przeraziło mojego kuzyna najbardziej).
Przesiąknięci złością sapaliśmy do siebie całą trójką.

– Słuchaj, chłopie – Tomek doznał nagłego przypływu odwagi. Był trochę niższy od mojego chłopaka, ale napuszył się jak kogut więc różnica nie była taka widoczna. - Z tego co mi wiadomo to Frana nie życzy sobie twojego towarzystwa, a i ty nie wyglądasz na wyjątkowo uprzejmego...
Cóż, „Franę” mógł sobie darować, ale jeśli to miało podziałać to byłam w stanie przymknąć oko.

– Zejdź mi z drogi – wydukał przez zęby.
Cofnęłam się do tyłu i z przerażenia wlazłam w drzwi klatki schodowej. Darek nigdy nie brzmiał bardziej złowrogo. Owszem, skrzywdziłam go, i tak, zgadza się, powinnam dostać nagrodę główną w plebiscycie na najgorszą dziewczynę na świecie i już nawet się pogodziłam z tym, że ten związek nie ma najmniejszego sensu. 

Dlaczego nie mogliśmy po prostu podać sobie rąk i pożegnać się jak starzy znajomi bez zbędnego rzucania kwiatów pod nogi?  

– Nie, nie, nie, kolego – Tomek przestał być już taki odważny, zrobił krok do tyłu i zdeptał mi czubki butów. - Ty sobie stąd pójdziesz i zostawisz nas w spokoju.
Nie brzmiało  to tak przekonywająco jak to co powiedział Darek.

– Nigdy nie zostawię jej w spokoju.
Bo to „nigdy” brzmiało jak... nigdy. Jakby do końca życia zamierzał sterczeć na klatce schodowej i robić mi wyrzuty z powodu wyrzucenia kwiatów od niego. Wielkie mi halo.

– Darek... - wychyliłam się zza lewego ramienia Tomka. - Przykro mi, ale... to nie ma najmniejszego sensu, widzisz? Prawie tłuczemy się pod klatką schodową, a tak nie wyglądają normalne związki...
– Normalne dziewczyny nie zachowują się tak jak ty, kiedy zależy im na normalnym związku, więc nie oczekuj, że ja będę zachowywał się normalnie.
– … dlatego uważam, że najbezpieczniej będzie, kiedy po prostu...
– Ona cie rzuca, rozumiesz?!

Tomek wypalił z tym w taki sposób, że równie dobrze mógłby przywalić Darkowi pizzą, którą ciągle trzymał w ręce. Na szczęście jeszcze nie doszło do rękoczynów.

– Daj mi skończyć – burknęłam. Zrobiłam krok w bok, żeby wyjść zza kuzyna i spojrzeć Darkowi prosto w oczy. - Nie widzę sensu w... kontynuowaniu naszej znajomości. Za dużo się zdarzyło w ostatnim czasie, żebyśmy oboje mogli tak po prostu... zapomnieć.

Oczy Darka przestały być laserami, którymi chciał mnie zabić i teraz przypominały smutne oczy małego psa, którego przywiązano pod sklepem i po którego już nikt nigdy miał nie wrócić.
Chyba zmiękło mi serce.

wtorek, 14 kwietnia 2015

18 listopada, jeszcze później

Odebrałam smsa od Karoli. Napisała, że chyba mamy poważny problem bo Marysi nie ma w pokoju, Ela chce podrzucić Adasia na godzinę, a Darek stoi na wycieraczce i nie zamierza się stamtąd ruszać, chociaż zagroziła mu policją.
Nie zdążyłam odpisać, bo zaraz po nim dostałam drugiego.

O co chodzi z Darkiem? Powiedział, że będzie na ciebie czekał pod drzwiami jak skomlący młody pekińczyk.

I trzeciego.

I kazał mi się wynosić z jego życia, bo powoli kona, a ja tylko chciałam mu zaproponować herbatę.

I czwartego...

To trochę dziwne, nie? Lepiej tu wracaj, bo Adaś cholernie boi się „tego typa za drzwiami”. Hej, czy ja już wspomniałam, że Marysia zniknęła?

W trakcie fascynujących do bólu doświadczeń na lekcji fizyki wstałam, i tak jak stałam wyszłam odprowadzana przez czterdzieści pięć par oczu z czego jedne należały do Termita. Pani profesor odchrząknęła, ale nie powiedziała zupełnie nic, kiedy wywlokłam swoje ciało na szkolny korytarz.
Nie marzyłam o niczym innym jak o tym, żeby położyć się na najbliższej ławce i nałożyć sobie śmietnik na głowę, żeby już nikt nie mógł mnie zobaczyć i w końcu żeby wszyscy dali mi święty spokój.  
Pobiegłam alejkami do najbliższego przystanku autobusowego i sprawdziłam rozkład, po czym stwierdziłam, że trasę szybciej pokonam na nogach. Okręciłam szyję szalikiem i ruszyłam przed siebie. Byłam zirytowana, zniecierpliwiona i miałam lasery w oczach.
Wtedy zadzwonił mój telefon. Myślałam, że to Karola z nowymi informacjami na temat mojego faceta i Marysi, ale na wyświetlaczu zobaczyłam numer telefonu mojej mamy. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby uznać ten dzień za kompletnie stracony a było ledwo po południu. Poczekałam, aż telefon przestanie buczeć i włożyłam go do torebki.

Niestety moja matka rodzicielka jest tak samo uparta jak ja i dzwoniła jeszcze jakieś cztery razy zanim zdecydowałam się odebrać telefon.
– Cześć, mamo.
– Dlaczego nie odbierasz - zapytała.
– Miałam szkołę, mamo. Myślałam, że zależy ci na edukacji swojej córki.
– Oczywiście, że zależy – obruszyła się. - Ty wiesz co wymyślił twój ojciec?

Zaczęło się...

– Pamiętasz tego miłego pana nauczyciela z którym czasem się widuję w sprawach czysto biznesowych?
– Pamiętam – mruknęłam. Ciężko było o nim zapomnieć, kiedy był obecny w każdej naszej rozmowie telefonicznej i wypierał takie tematy jak moje postępy w nauce, mój związek czy chociażby czy radzę sobie finansowo.

– Zaprosiłam go na obiad, bo on do domu ma daleko i każą niedzielę spędza zupełnie sam... jakoś umknęło mi to, żeby poinformować ojca, a ten miły pan kwiaty mi przyniósł i butelkę wina dla ojca... a wiesz co zrobił mój mąż? Wyrzucił go za drzwi. A potem trzasnął butelką o chodnik i rzucił na to kwiaty. Naprawdę, nie poznaję swojego mężczyzny. Ty możesz mi powiedzieć, co ja mam z nim zrobić? Chciałam być tylko dobrą sąsiadką, ugościć młodego człowieka jak należy...

– Mamo, on jest jakieś 15 lat od ciebie młodszy.
– Ale komplementy prawi jak mało kto.
– Mógłby być twoim synem.
– No już nie przesadzaj, młoda damo. Ty się już wystarczająco pospieszyłaś z przyjściem na świat.
– Znowu mi to wypominasz? Gdybyś uważała, to z całą pewnością nie pojawiłabym się na świecie i miałabyś spokój.

– Franciszka, natychmiast przestań! Ja tu mam prawdziwe problemy a ty wywlekasz stare brudy na wierzch.
– Przepraszam.

Chociaż krew gotowała mi się w żyłach i miałam ochotę powiedzieć, że mam gdzieś to co ojciec zrobił jej ulubionemu nauczycielowi, a potem chciałam pokazowo wyłączyć telefon, nie zrobiłam tego.

– Kiedy wracasz do domu? - zapytała, jakby ostatnia wymiana zdań nie miała miejsca.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.  Mamy trochę... skomplikowany okres z dziewczynami.
– Wszystkie miesiączkujecie w tym samym czasie, hm?
– Coś w tym stylu – mruknęłam.
– Bo wiesz, chciałabym ci przedstawić tego nauczyciela...
– MAMOOO...
– Gdyby tylko twój ojciec...
– I twój mąż.
– … Nie był taki zaborczy...
– Tak, wiem. Uściskaj tatę ode mnie.
– Nic z tego, jestem obrażona.
– To uściskaj, jak już ci przejdzie.
– Dobrze, córeczko. Trzymaj się.
– Ty też.

Pobiegłam. 

niedziela, 29 marca 2015

18 listopada, później

Targałam za sobą bukiet kwiatów i pędem udałam się w jakąś niesprawdzoną krętą uliczkę, której istnienia prawdopodobnie nawet nigdy nie odnotowałam. 
Tak, wiem, że to mój chłopak, ale do jasnej anielki, zachowywał się totalnie dziwacznie. 
Za zakrętem przystanęłam i odwróciłam głowę, upewniając się, czy nikt za mną nie biegnie. Darek mógł jeszcze nie zauważyć, że czmychnęłam cichaczem. Musiałam uspokoić oddech, więc oparłam się ramieniem o zarośnięte bluszczem kamienne ogrodzenie. W dłoni ciągle miałam bukiet kwiatów. 
Nie zamierzałam wparować do szkoły z jedenastoma różami w ręku bo wyglądałabym co najmniej dziwnie i bardzo możliwe, że legenda o dziewczynce z kwiatami urosłaby do poziomu opowieści o zaręczynach Marysi, a tego zdecydowanie nie chcemy. 

Oderwałam jedną herbacianą główkę od łodygi i wrzuciłam kwiat do torebki, żeby nie wyjść na kompletną sukę. Zamierzałam zasuszyć płatki róży i włożyć do puszki ze skarbami. Co by nie było, był to jeden z pierwszych bukietów jakie w życiu dostałam, nie licząc kradzionych polnych. 
Popatrzyłam jeszcze na całokształt – jedenaście pięknych, wysokich róż przewiązanych krwistoczerwoną wstążką marzło w moich dłoniach. Zamachnęłam się i przerzuciłam cały bukiet przez ogrodzenie pokryte bluszczem. Zero wyrzutów sumienia, a raczej duma z dobrze wykonanej roboty. 
Zastanawiałam się czy to już był pierwszy stopień do piekła? 
Sprawdziłam dokładnie czy nikt tego nie widział, jeszcze raz wyjrzałam zza zakrętu, a potem z duszą na ramieniu ruszyłam do przodu. 
Nigdy wcześniej nie przechodziłam tą uliczką. Była wąska, kamienna, obrośnięta suchymi trawami. Po obu stronach stały zapadłe domy, wszystkie kamiennie surowe i obrośnięte bluszczem aż po sam dach. Wszystko było przerażające, co podkreślał szalejący jesienny wiatr, ale jednocześnie piękne. Miałam ochotę patrzeć na okolicę cały dzień, a moja głowa chodziła w prawo i w lewo, żeby ogarnąć całokształt. Tyle,że musiałam się stąd wydostać, a potem pobiec na najbliższy tramwaj w kierunku liceum. 
Byłam mocno spóźniona i skupiona na tym, żeby jak najszybciej opuścić uliczkę i znaleźć się w miejscu, które chociaż  kojarzyłam z widzenia. 
Wtedy coś trzasnęło na oko jakieś cztery metry ode mnie. Obróciłam się gwałtownie i zobaczyłam samotną postać przedzierającą się między ogrodzeniami dwóch zaniedbanych domów. Serce podskoczyło mi do gardła i mogłabym przysiąc, że ja także uniosłam się nad ziemię. Do tej pory byłam jedyną osobą na tym osiedlu. 

- Świetnie – mruknęła postać. Zanim cała wyłoniła się z wysokich traw i wytorowała sobie przejście wyciągniętymi rękami, starłam sparaliżowana. Zostałam zauważona, bo chłopak kilka razy cofał się, a potem szedł na przód jakby zastanawiał się nad tym, czy powinien pokazywać się na oczy.
W końcu wygrzebał się z krzaków całkowicie i otrzepując kurtkę zwrócił się do mnie.
- Miałem na ciebie nie wpaść.
Bo widzicie, Termit to naprawdę specyficzny chłopak. Jednego dnia rzuciłby się za tobą w przepaść, a drugiego zajmuje miejsce na lekcji polskiego tylko wtedy, kiedy znajduje się przynajmniej sto metrów od ciebie. Unika kontaktu wzrokowego, albo po gapi się na ciebie jak rozanielone ciele na świeżą koniczynę. Potem nie odbiera telefonów, albo udaje że nic się nie stało, a w konsekwencji znajdujesz go na kompletnym zadupiu w krzakach i jeszcze obwieszcza ci, że przecież miało cię tu nie być. 
Wzruszyłam ramionami. Chłopak wyglądał na odrobinę zmieszanego. Miał na sobie znoszoną kurtkę i przetarte buty. Na spodniach miał plamy po paście do zębów i jej pozostałości znajdowały się też w krzywo przyciętej brodzie. Równie dobrze mógł wpaść pod kosiarkę, a i tak obawiam się, że wyszedłby na tym lepiej. 

- Czy powinnam pytać co tam robiłeś?
- Starałem się za wszelką cenę nie dopuścić do tej sytuacji. 
Spojrzał na mnie wymownie, jakbym to ja była czemukolwiek winna. Chwila, czy to oznaczało, że w ostatnim czasie musiał przedzierać się przez krzaki, żeby upewnić się, że  nie spędzi ze mną ani jednej chwili sam na sam? O co chodzi, ja się pytam? Czy ja naprawdę gryzę? 

- Mogę wiedzieć, dlaczego mnie unikasz? - uniosłam brwi wysoko do góry.
- Żeby uniknąć niezręcznych momentów, po których przestaniesz się do mnie odzywać. 
- Boże, Termit, jesteś najgorszym typem faceta na świecie... 
- Sama widzisz – wzruszył ramionami. - Nie za specjalnie tęskniłem za tymi komplementami.  
I po prostu mnie wyprzedził. 
Pobiegłam za nim. 

- Czy możemy wyjaśnić tą całą sytuację? - rzuciłam w locie. - Możemy pogadać?
- Obawiam się, że nie ma o czym. 
- Termit, po prostu stań sobie i powiedz mi o co ci chodzi! Nie siedzę w twojej głowie i nie mam zielonego pojęcia dlaczego zachowujesz się tak dziwnie od dłuższego czasu. Prawie za tobą tęsknię!
Szarpnęłam go za rękaw, ale chłopak nawet nie drgnął. 

- Dorian, cholera jasna, stań sobie jak do ciebie mówię!
I wtedy podziałało. Z lekko niepewnym uśmiechem odwrócił się w moją stronę i włożył ręce do kieszeni spodni. Zagubiony wyraz twarzy ewaluował w grymas totalnej obojętności. 

- Słuchaj, Ana. Wtedy, w klubie. Jak namawiałem cię do poznawania innych facetów... Chodziło mi o mnie. Miałem na myśli poznawanie mnie. Śnisz mi się po nocach i widzę cię wszędzie, gdziekolwiek nie spojrzę.  Chciałem wzbudzić twoją zazdrość, może coś poruszyć, kiedy zadawałem się z Karolą. Potem może chciałem nawet zapomnieć. Ale wiesz... Karola jest nikim przy tobie. Widziałem ciebie, kiedy patrzyłem na nią, aż w końcu zacząłem do niej zwracać się twoim imieniem i chyba się połapała. Przykro mi, że nie miałem odwagi powiedzieć ci tego prosto w oczy, ale tak jawnie dawałaś mi do zrozumienia, że nigdy nie będę dla ciebie kimś więcej niż tylko kumplem co przynosi nachos z dostawą do domu, że nie miałem odwagi.
Musiały minąć całe wieki zanim się odezwałam. 

- Nie psuj tego wszystkiego co jest między nami, Termit – powiedziałam obojętnie, a przynajmniej siliłam się na obojętność, bo miałam ochotę przywalić mu bukietem jedenastu kolczastych róż po tej pustej głowie. Czy on nie wiedział, że w przyjaźni damsko-męskiej nie ma nawet centymetra kwadratowego na uczucie? Facet z zasady nie może być przyjacielem i przyjaciel nie może zostać facetem.
Tak po prostu jest i już. 

- Między nami nic nie było, Ana. To ja dmuchałem do góry, kiedy trzeba było podnieść naszą przyjaźń. Tobie było wszystko jedno.
- Czy możemy przestać posługiwać się głębokimi metaforami? 
- Nie zrozum mnie źle... ale po prostu teraz kiedy wiem, że nie ma sensu się starać, pozwól,że zaoszczędzę sobie cierpienia i po prostu zejdę ci z drogi. 
- Czy ty właśnie mnie rzucasz?! - zupełnie zdębiałam. 
- Tak, rzucam naszą przyjaźń, jeśli koniecznie musisz wiedzieć. Po prostu nie daje rady. To tak jakbyś za każdym razem wbijała mi nóż w serce i przekręcała według wskazówek zegara. Nie każ mi się męczyć. 
- Ja nawet nie potrafię trafić nożem w serce, baranie. Tłukłabym się między żebrami...
- Słodka jesteś – podsumował. Lekko się uśmiechną, a potem wyciągną rękę w moją stronę. Poklepał mnie po ramieniu i bez słowa odszedł. 
Żadnego „cześć”, żadnego „pocałuj mnie w dupę” ani żadnego „do zobaczenia kiedyś”. 
A nie, czekajcie. „Rzucam naszą przyjaźń”. To chyba brzmiało jak pożegnanie. 

środa, 25 marca 2015

18 listopada

- Nigdy w życiu nie wyjdę z tego pokoju! – powiedziała Marysia, kiedy próbowałam się dobić do niej w poniedziałek rano.

To była jej trzecia nieobecność na poniedziałkowej matematyce i powoli zaczynałam się martwić o jej edukację. 

Poza tym, było mi strasznie nieswojo, kiedy musiałam udawać, że nie widzę jak Termit gapi się na mnie z drugiego końca sali zamiast podejść jak człowiek i porozmawiać. W tej sprawie nic się nie zmieniło. Odkąd dowiedział się o tym, że ja wiem, że on powiedział Karoli o tym, że coś do mnie czuje, a w każdym razie zrobił to zupełnie niechcący i – mówię to szczerze – totalnie bez sensu, a do tego Karola postanowiła gładko się mnie pozbyć w tej rozgrywce rzucając mnie na pożarcie rekinom w Loli – życie było bardzo męczące. 

- Świetnie, ale zostawiam ci w prezencie mój telefon, bo nie mam zamiaru tłumaczyć twojej matce co robisz dokładnie w tym momencie i wyjaśniać jej, że jak się rozpada związek to tak właśnie musi być.
- Daj go Karoli – burknęła. 
- Nigdy w życiu! - rzuciła zza drzwi łazienkowych. 
- Wrzuć go do kibla – zaproponowała. 
- Nic z tego, Karola zajęła łazienkę. 
- Powiedz jej, żeby z niej wyszła i wrzuć telefon do kibla, a ja nacisnę spłuczkę. 
- Szkoda, że to mój telefon. 
- Twój telefon, twój problem. Dajcie mi umierać w spokoju... 
Zawiesiłam dłoń w połowie drogi do szaleńczego pukania, ale poddałam się zanim mój palec uderzył w drzwi. Nie miało to najmniejszego sensu. Najwyraźniej żałoba po utracie chłopaka, kiedy się go już zdradziło i wszelkiej nadziei na to, że uda się wmówić mu, że pod sercem nosi się jego dziecko, trwa trochę dłużej niż zwykłe zerwanie. 
Chociaż w ogóle ciężko tu mówić o zerwaniu. Marysia w dalszym ciągu nie oddała mu pierścionka zaręczynowego. Poza tym, nikt nie raczył mi sprzedać oficjalnej wersji zerwania i zostałam uświadomiona, że lepiej się w to nie zagłębiać. 
Czekał mnie kolejny ciężki dzień w szkole, gdzie musiałam mierzyć się z życiem zupełnie sama bo moja przyjaciółka przywiązała się rozpaczą do łóżka. 
Zarzuciłam na plecy kurtkę i wyślizgnęłam się z mieszkania zostawiając Karolę razem z nieszczęśliwą ciężarną dziewczyną. 
Zbiegłam na dół i nie zdążyłam jeszcze porządnie owinąć się szalikiem, kiedy usłyszałam wibracje mojego telefonu. W locie przegrzebałam całą torebkę i dopiero na samym dnie wymacałam pożądaną rzecz. Spojrzałam na ekran i od niechcenia wrzuciłam aparat z powrotem do worka bez dna. 
Darek dzwonił tego dnia już pięć razy i za każdym życzył mi miłego dnia i dorzucał do tego tęskną rymowankę o tym, jaką cudowną dziewczyną jestem i, że nie  może się doczekać aż mnie zobaczy. Jego ostatnia metamorfoza była totalnie niepokojąca i zamierzałam się dowiedzieć co sprawiło, że tak zaczęło mu zależeć. 
Możecie mówić co chcecie, ale nie uwierzę, że przejrzał na oczy i docenił swoją dziewczynę zaraz po tym jak chciała odnaleźć swoją potencjalną miłość w krakowskim klubie. Za tym musiało stać coś więcej. Żaden facet nie jest na tyle głupi, żeby takie coś kopnęło go w tyłek, nawet Darek, chociaż uważam, że nie jest najmądrzejszy na świecie. 
Coś tu mocno nie grało i miałam zamiar dowiedzieć się co. Zaraz po tym, jak spiorę Bola na kwaśne jabłko, przyjmę poród w naszym krakowskim mieszkaniu i rozwiążę zagadkę Karoli i jej dziwnego zachowania wobec mnie. 

I jeszcze jak przyłożę Termitowi za to, że się we mnie kocha, a przecież przyjaciele nie mogą żywić do siebie głębszych uczuć niż przyjaźń. Czekał mnie pracowity okres, ale byłam gotowa się w to wszystko wpakować, choćby ze względu na moją równowagę psychiczną, która w tym momencie mocno się chwiała. 

Szłam jak zwykle -  skrótami. Mijałam po drodze kiosk, gdzie za każdym razem miły pan wciskał mi krakowskie obwarzanki i pytał czy już mam męża. Kwiaciarnię, gdzie rzadko kiedy można było spotkać świeże cięte kwiaty, a sztuczne oślepiające żonkile wystawały z brzydkich doniczek przy wejściu i starą kawiarnię, gdzie pachniało świeżo zmieloną kawą. 

Do szkoły szłam jakieś 20 minut i za każdym razem te wszystkie miejsca wzbudzały we mnie te same uczucia – jakbym dopiero co wprowadziła się do Krakowa i zgubiła drogę, a potem jakbym bała się zapytać kogokolwiek o drogę, bo żółte żonkile późną jesienią nie wróżą nic dobrego tak samo jak stary facet który pyta, czy już nosisz obrączkę. 
Myślałam właśnie o tym ile bym dała za pyszną kawę wypitą w kawiarni bez myślenia o wszystkich moich problemach, kiedy przede mną wyrósł chłopak. 
Nie zauważyłabym go pewnie, gdyby nie to, że trzymał w rękach duży bukiet herbacianych róż, a ponad złocistymi pąkami wystawały radosne oczy, w tym jedno było mocno podbite. Darek był jednak solidnym przeciwnikiem i nie dał się spławić tak łatwo. 

- Nie odebrałaś telefonu – oświadczył, po czym wcisnął mi w ręce bukiet kwiatów.
Z zaskoczenia niemal upuściłam go na chodnik i przez chwilę oboje próbowaliśmy go złapać. 

Jedenaście czerwonych róż. 

- Nie widziałam, żebyś dzwonił – skłamałam.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, bo ciężko było się nie uśmiechnąć na widok tylu kwiatów. W głębi serca byłam bardziej przerażona niż żywiłam jakiekolwiek pozytywne uczucia, ale to w końcu Darek. 

- Szedłem za tobą całą drogę. Miałem nadzieję, że zastanę cię jeszcze w domu, ale wybiegłaś z klatki jak oparzona.
- Trochę się spieszę. 
Myśl o tym, że miałabym wejść na matematykę trzymając w ręku bukiet róż przyprawiała mnie o mdłości. 

- Chętnie cię odprowadzę – powiedział zupełnie szczerze, ale  nie brzmiał jak mój Darek. Mój Darek z całą pewnością nie użyłby słowa „chętnie” a już na pewno nie przytargałby mi kwiatów, pomijając te nieszczęsne polne w zamian za korepetycje z matematyki.

- Nie trzeba – wtrąciłam odrobinę zbyt szybko. 
- Dlaczego miałbym zostawić moją kobietę samą, skoro mogę ją odprowadzić? - zapytał z szelmowskim uśmiechem. 
- Dlaczego wpadłeś na to dopiero teraz? Do tej pory nie miałeś nic przeciwko zostawianiu mnie samej. 
Byłam taka podła, że wywlekałam na wierzch stare plamy naszego związku zamiast zacząć cieszyć się tym, że w końcu mam zainteresowanie, kwiaciarnię w domu i miliard telefonów w ciągu dwudziestu czterech godzin. 
Ale rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Byłam zszokowana jego zachowaniem. To ewidentnie nie był mój Darek, któremu szkoda pieniędzy na jedną różę i przynosi mi kradziony bukiet polnych kwiatów. Ciężko było przyjąć do wiadomości, że człowiek może się tak dramatycznie zmienić tylko dlatego, że poczułam motyle w brzuchu do gościa, który mnie nie chce.  
Coś tu śmierdziało. 

- Kochanie, miłość ma różne oblicza...

Co było zupełnie bez sensu w tej sytuacji. 

- Darek – przystanęłam. Bukiet róż smutno zwisał z mojej dłoni pąkami do dołu. - Odrobinę mnie to przeraża, okay?
Nie chciałam, żeby odbierał mnie jak niewdzięcznicę, ale musiałam z tego wybrnąć. 

- Nauczyłeś mnie biegać za sobą, co bardzo szybko mnie znudziło, więc przyzwyczaiłam się, że tak po prostu sobie... zwisamy. A teraz ty śledzisz mnie od klatki schodowej i pakujesz mi w ręce bukiet jedenastu róż. To nie fair i nie dziw się, że reaguję tak a nie inaczej.
Darek przysunął się bliżej, złapał moją twarz w dłonie i uniósł brodę do góry. 

- Jesteś taka słodka, kiedy się złościsz.
Naprawdę, super, że mój chłopak jest takim wiernym słuchaczem.  
- Jeszcze się nie złoszczę i możesz mi wierzyć, że wolałbyś nie widzieć mnie złej! - zagroziłam. 
Darek uniósł ciemne brwi, jakby cały ten monolog który wygłosiłam mu trzydzieści sekund wcześniej w ogóle nie istniał. Lekko się uśmiechnął, jakby nie wiedział o czym mówię. 
Panie Boże, jeśli któregoś dnia zechcesz zesłać na mnie prawdziwą miłość to poproszę w pakiecie z rozumem. 

- Muszę iść – wciągnęłam powietrze. - Naprawdę muszę iść.
Chłopak wzruszył ramionami, jakby nie przyjmował tego do wiadomości. Uśmiechnął się jeszcze raz, ale tym razem zasyczał z bólu, kiedy jego uniesione policzki naciągnęły siną skórę pod okiem. 
Zawahałam się. Nie wiedziałam czy powinnam zabrać bukiet róż ze sobą, czy może oddać go Darkowi. Na szczęście  tym momencie do mojego chłopaka zadzwonił telefon. Darek sięgną do kieszeni a potem niechętnie odebrał rozmowę. Jeszcze popatrzył w moją stronę, czy aby na pewno się nie zdematerializowałam, a potem odszedł kilka kroków, żebym przypadkiem nie usłyszała tego o czym mówi. 
Wykorzystałam ułamek sekundy, kiedy zawieszał oko na starym budynku i drapał się po brodzie szukając w głowie mądrych słów, których mógłby użyć w rozmowie. 
Po prostu stamtąd spieprzyłam.